„Kiedy jeszcze chodziłem na siłownie, przyglądałem się ludziom, którzy – nie wiedzieć, czemu – "bawili" się w zatrudnianie trenerów personalnych. Widząc tylko u jednej, może dwóch "jednostek" jakiekolwiek, minimalne efekty, szybko można się zniechęcić do korzystania z usług takiego trenera.
 
Dopiero, kiedy trafiłem na crossfit, zacząłem PRZEDE WSZYSTKIM słuchać mądrych rad specjalistów. Stało się tak, ponieważ – po konsultacji ze specjalistą –zacząłem dostrzegać swój progres. W końcu zaczęło coś dobrze wychodzić, a nawet – jeśli wymagało korekty – wiedziałem, że się da! I dało się.

Kiedy zacząłem biegać, robiłem to sam, dla siebie, bez chęci do startów ulicznych, bez „napinki” na bicie swoich własnych rekordów. No, ale skoro "chodzenie po bagnach wciąga", warto było dowiedzieć się na ten temat więcej. Nagle z moich ust zaczęły wychodzić pełne zdania ;) m.in. o: interwałach, tętnie i podbiegach. Pierwszym moim guru biegowym stał się mój brat (taki osobisty ;)), który ma na swoim koncie kilka sukcesów. Inspirował mnie, motywował, ale przede wszystkim nauczał. Jak większość muzyków-artystów, ciężko mnie zamknąć w jakichś ramach. Wiedziałem jednak, że dzięki pokorze i właściwej lekcji mogę dużo zyskać. I rzeczywiście, mój trening biegowy stał się miarowy i bardziej dopasowany. Dzięki niemu - bez spalania się i napinania – budowałem swoją siłę biegową i wytrzymałość.
 
Podobnie, jak z trenerem osobistym, było z dietetykami. Bardzo późno zdałem sobie sprawę, jak istotna jest dieta. Kiedy się na nią zdecydowałem, poszedłem do znajomego dietetyka, który po tym, kiedy mu powiedziałam o swoich oczekiwaniach i treningu, rozpisał dwa warianty diety. Ustaliliśmy, że ruszam od poniedziałku. I się zaczęło... Lubię gotować, kuchnia to mój "departament". Wziąłem rozpiskę do ręki, z której wynikało, że muszę jeść pięć posiłków dziennie. Pomyślałem: "ok! Zrobi się". Jednak szybko wyszło na jaw, jak bardzo byłem "kulawy" w kwestii przygotowywania jedzenia. Początkowo to właśnie logistyka i liczba przygotowywanych posiłków mnie dobijała. Piter wspomniał: "jeżeli przeżyjesz pierwszy tydzień, będzie dobrze". PRZEŻYŁEM. Zaczynałem o 9:30, potem o: 12:30, 15:00, 18:30 i na koniec kolacja o 21:30. Czemu o tym piszę? Pamiętam, że – chodząc na siłownię – śmiałem się z tym pięciu posiłków. Zastanawiałem się wtedy, jak można mieć spoko figurę, rzeźbę, czy cokolwiek, kiedy tyle się „żre”. Okazało się, że jednak MOŻNA.
Pomogły: dyscyplina oraz przede wszystkim fakt, że ktoś spojrzał na to, co jem i pokazał odpowiednią drogę. Efekty? Były widoczne już po trzech tygodniach. Piter w późniejszym czasie pomógł przygotować mi się do maratonu i wspiera mnie do dziś”.