Zawsze lubiłam sport i aktywny tryb życia, więc był czas na windsurfing, jazdę konną, narty, rower, łyżwy, pływanie, a także wszelkie zajęcia fitness. Wszystko przychodziło i odchodziło, zmieniało się otoczenie, miejsce i miasto zamieszkania, praca, okoliczności. Biegać zaczęłam ot tak, wyszłam z domu i pobiegłam, bo akurat nie mogłam pojechać na konie, narty, czy na deskę. Po kilku miesiącach przebiegłam pierwszy półmaraton – satysfakcja i medal na mecie – bezcenne. Pół roku później pierwszy maraton – łzy szczęścia na mecie, bo dobiegłam, bo udało się, bo przebiegłam pierwsze w życiu 42 km. Dotarło do mnie, że to właśnie chcę robić, to jest to co uwielbiam i pokochałam całą sobą. Wysiłek, zmęczenie, adrenalina, umięśnione i ujędrnione ciało, dobre samopoczucie, satysfakcja, ludzie dookoła podzielający moją pasję. Przystąpiłam do Klubu Biegacza w mojej firmie, zaczęliśmy planowanie wspólnych startów, wspólne wyjazdy na zagraniczne maratony, połączyłam pasję biegania z podróżowaniem i zwiedzaniem.

Bieganie to niezależność, biegać możesz, kiedy chcesz i gdzie chcesz: po mieście, po lesie, parku, górach, nad morzem, nie potrzebujesz specjalnego drogiego sprzętu ani odpowiedniej pogody. Zawsze jest czas i miejsce, sam ustalasz granice, wybierasz trasy, a z czasem nowe miejsca, w których chcesz pobiec: czy to maratony zagraniczne, czy biegi po górach, czy po prostu po lesie obok domu…

Zacząłem bardzo przypadkowo. W buty, jeszcze wtedy niebiegowe, kazała mi wejść sytuacja życiowa - musiałem coś przemyśleć. Od samego początku biegałem dla samego siebie (2, 5 czy 10 km). Nagle, przypadkiem zauważyłem, że w moim otoczeniu jest wielu... biegających. To moi bliżsi czy dalsi znajomi. I wtedy stało się dla mnie jasne, że tworzymy niemałą subkulturę jak kiedyś, kilkanaście lat temu zwykło się mówić o punk'ach czy metalowcach ;)
Jestem bardzo nieśmiały - kiedy więc poszedłem na pierwszą uliczną „piątkę”, stanąłem z boku i zastanawiałam, kim są ci nowi ludzie. Pierwsze przed startem rozmowy o kondycji, czasach, czy nawet o pogodzie! :) Bo ta przecież jest dla nas ważna :)
Po kolejnych startach zacząłem kojarzyć twarze –  z wcześniejszych startów, z Facebook'a, czy innych portali. Byli wśród nich blogerzy, biegacze amatorzy i nawet moja ekipa z pracy - mocna i zwarta. Kiedyś sam byłem (krótko) biegowym blogerem. Prowadziłem swój fanpage na Facebook'u. Rozpromowałem go wśród swoich znajomych. Kilka osób polubiło go od razu, kilka nieco później. Pisały do mnie nawet osoby ZUPEŁNIE mi nieznane, śledziły moje wyniki i miały nadzieję, że zobaczymy się kiedyś na starcie. I rzeczywiście kilkoro z nich spotkałem :)
Zawody to nie tylko ludzie biegający, to także mijani kibice, którzy z całych sił dopingują często zupełnie nieznanych sobie zawodników. To mobilizujące, kiedy - zmagając się z własnymi słabościami, goniąc po lepszy wynik, walcząc o życiówkę czy wyprzedzając kolesia, który biegnie przede mną, słyszę krzyk kibica: "dasz radę, to już ostatnie kilometry". Tak właśnie było na niejednym biegu, ale najbardziej pamiętam doping kibiców w trakcie maratonu. Z większością z nich nigdy więcej się nie spotkamy, ale nawet taka krótka, dość anonimowa znajomość daje mi to COŚ. Tego przysłowiowego kopa w odpowiedniej chwili. 
Takiego samego kopa dajemy sobie również między nami, biegaczami. Pamiętam, kiedy „robiłem” życiówkę w półmaratonie w Kielcach. Do mety zostały jakieś 2 km. Długi podbieg, mokro. Każdy z nas zmęczony niemiłosiernie. Wyprzedzałem jakiegoś biegacza. Nieco podupadał, ale walczył. Rzuciłem mu kilka niecenzuralnych słów, takich "ku pokrzepieniu serc"... i pobiegłem dalej. Podszedł do mnie za metą, na stadionie kieleckiej Korony i powiedział zwyczajnie: "dzięki za wsparcie!".